Publicystyka Tomek Alicki
17.02.2018
Recenzja: Trzy billboardy za Ebbing, Missouri
9.0
/10
Ocena
Recenzja: Trzy billboardy za Ebbing, Missouri

Martin McDonagh powraca z kolejną rewelacją. Jego czwarty film podbił serca nie tylko fanów dobrego kina, ale również Akademii Filmowej. Trzy billboardy za Ebbing, Missouri mają wszystko, żeby podbić tegoroczne Oscary.

Film zaczyna się z przytupem. Poznajemy Mildred Hayes (Frances McDormand), główną bohaterkę dramatu, która straciła córkę w wyniku tajemniczego morderstwa. Po siedmiu miesiącach policja wciąż szuka sprawcy, a Mildred wydaje się, że znalazła sposób, żeby ich zmotywować. Wynajęła trzy duże billboardy zaraz za małym miasteczkiem Ebbing, gdzie wielkimi literami napisała kilka niepochlebnych słów o działaniu tutejszego szeryfa.

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri #1

Brutalna metoda motywacji Mildred staje się pretekstem do rozpoczęcia całej historii. To dzięki temu widz zaczyna powoli poznawać kolejnych mieszkańców miasteczka, którzy wypowiadają się w sprawie słynnych czerwonych billboardów. Posterunek policji zostaje postawiony do góry nogami, gdzie pierwsze skrzypce grają oficer Jason Dixon (Sam Rockwell) oraz szeryf Bill Willoughby (Woody Harrelson). Poznajemy niezdarnego, podatnego na wpływy właściciela agencji reklamowej (John Hawkes) i podkochującego się w Mildred karła (Peter Dinklage). Każdy z nich ma swoje historie, motywacje czy marzenia. Wchodzimy w ich życia, zaczynamy obserwować ich zwyczaje i chłoniemy to, co od kilku lat głębiło się w głowie McDonagha.

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri bowiem to przede wszystkim genialny scenariusz. W dobie ekranizacji, adaptacji, filmów wojennych i historii opartych na faktach, Martin postanowił przypomnieć, że dobre kino nie musi garściami czerpać z innych mediów kultury. Z pozoru prostą historię udało mu się przerodzić w coś znacznie głębszego, niż mogłoby się wydawać. Postacie przewijające się przez ekran nie tylko odkrywają swoje kolejne sekrety, rosnąc lub malejąc w oczach widzów, ale umierają, dojrzewają i w ciągu dwugodzinnego filmu potrafią nawet wyciągnąć wnioski z popełnianych wcześniej błędów.

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri #2

Z zafascynowaniem obserwujemy, jak fabuła zaczyna ewoluować. Bohaterowie się zmieniają, poznajemy kolejne zaskakujące wydarzenia, a całość nabiera różnych znaczeń. Trzy billboardy… to jeden z tych filmów, które pozwalają odnaleźć w nich cząstkę siebie, interpretować je na swój własny sposób. Reżyserowi udało się stworzyć postacie tak wielowarstwowe, że można bardzo szybko przypisać je do własnej codzienności.

W historii, która na początku sprawiała wrażenie przygnębiającej i smutnej, udało się znaleźć na tyle dużo miejsca na humor, że niektórzy nazywają Trzy billboardy… czarną komedią. Od prostych żartów, przez dowcipy sytuacyjne, aż po ironię wynikającą z kolejności następujących wydarzeń – McDonagh z klasą egzekwuje swój rewelacyjny scenariusz.

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri #3

Większość z tych rzeczy pewnie nie miałaby również miejsca, gdyby nie obsada. Jak to zwykle bywa, dobry scenariusz przyciąga dobrych aktorów. Frances McDormand w roli głównej sprawdza się doskonale, Woody Harrelson ostatnio przyzwyczaja nas do wysokiego poziomu swoich występów, Peter Dinklage klasę pokazywał jeszcze przed Grą o Tron w takich filmach jak chociażby Dróżnik, a Sam Rockwell sprawia wrażenie, jakby ta rola została napisana z myślą o nim.

Martin McDonagh dostarczył nam film kompletny, gdzie ciężko jest doszukać się jakichkolwiek wad. Odnajdą się wszyscy zmęczeni kolejnymi historiami opartymi na faktach oraz ci, którzy w kinie szukają autentyczności. Potrzebujemy więcej takich nominacji do Oscarach.

Ocena: 9/10

recenzja recenzja filmowa Trzy billboardy za Ebbing Missouri