Publicystyka Tomek Alicki
25.02.2018
Recenzja: Everything Sucks
Recenzja: Everything Sucks

Powoli docieramy do tego etapu, kiedy te wszystkie pierwsze sezony różnych komediodramatów zaczynają się ze sobą mieszać. Netflix najwyraźniej nie planuje zwalniać tempa i dostarcza nam kolejną rozrywkę na sobotni wieczór – Everything Sucks.

Nowy serial Netfliksa to produkcja dość nierówna. Początek zapowiada bowiem coś wyjątkowo generycznego, jedną z tych historii o problemach licealistów kilkadziesiąt lat temu. Tym razem padło na lata dziewięćdziesiąte. Od pierwszych minut zostajemy zasypani nostalgicznymi wstawkami – od muzyki, przez napoje, aż po sam sposób ubioru uczniów Boring High School w Oregonie. Szybko mija jednak kilka odcinków, serial nabiera charakteru, a historia układa się w coś nowego.

Everything Sucks #1

Everything Sucks zaczyna się razem z pierwszym dniem Luke’a, McQuaida i Tylera w liceum. Po kilku standardowych dowcipach o nerdach poszukujących znajomych, cała trójka dołącza do klubu A/V odpowiedzialnego za szkolny program. Tam Luke poznaje Kate, którzy do końca serialu stanowią nie tylko dwójkę głównych bohaterów, ale również najmocniejszy punkt całości. Najprościej Everything Sucks można bowiem określić jako poszukiwanie samych siebie. On ma jeszcze przed sobą pierwszy pocałunek, a głowę zaprząta mu ojciec, który lata temu opuścił jego dom. Ona z kolei zaczyna podejrzewać, że bardziej interesuje ją płeć piękna.

Serial Ari Sandela od większości dramatów o licealistach odróżnia jedna ważna rzecz – brakuje drużyny futbolowej. Twórcy postanowili niemal całkowicie zignorować wszelkie stereotypy, z jakimi kojarzy Wam się ten gatunek. Pretekstem do interakcji pomiędzy większością postaci jest tutaj wspólny projekt klubu teatralnego z A/V. W wyniku kilku niefortunnych zdarzeń kółko aktorskie postanawia wejść we współpracę ze stojącą za kamerami realizacją i wspólnie stworzyć film.

Everything Sucks #2

Z każdym kolejnym odcinkiem humor odchodzi na bok, a pierwsze skrzypce zaczynają grać licealne dramaty. Wchodzimy coraz głębiej w życia głównych bohaterów, poznajemy ich dzieciństwo, a przeszłość zaczyna odgrywać znaczną rolę w teraźniejszości. Im bardziej Everything Sucks oddala się od komedii, tym lepiej zaczyna wyglądać. W drugiej połowie humor jest tutaj bardziej okazjonalnym sposobem na rozładowanie napięcia niż realizowaniem jakiegoś planu mającego na celu rozbawić widzów do łez.

Druga połowa serialu na tyle różni się od pierwszej, że miejscami zaczyna brakować miejsca na niektóre wątki. Bohaterowie kłócą się i godzą w mgnieniu oka, nie ma czasu, żeby na chwilę przystanąć i zastanowić się nad genezą tych problemów. Ari Sandelowi udało się jednak dosyć dobrze przedstawić ten moment w życiu większości nastolatków, kiedy wszystko zaczyna budzić jakieś wątpliwości – bunt, złość i kwestionowania wszystkiego dookoła. W sprzedaniu widzowi bogatych postaci skutecznie pomagają mu również Jahi Di’Allo Winston oraz Peyton Kennedy, którzy tworzą naprawdę świetny duet.

Everything Sucks #3

Wciąż są to jednak standardy sympatycznego, luźnego serialu, a nie nostalgicznej produkcji na poziomie Stranger Things. Chociaż nie ma drużyny futbolowej, tony wymalowanych dziewczyn spędzających większość czasu w szkolnych łazienkach i zamykania nerdów w szafkach, Everything Sucks sięga po różne inne banały. Nawet główni bohaterowie budowani są na sztampowych rozwiązaniach pokroju dzieciństwa spędzonego bez ojca czy matki.

Ostatecznie nie ma to jednak większego znaczenia. Dostaliśmy kilka wyrazistych postaci, które wzbudzają sympatię i pozwalają pozytywnie myśleć o ewentualnym drugim sezonie. Nowy serial Netfliksa nie zmieni raczej całego gatunku, a o liście najlepszych produkcji ostatnich lat może sobie pomarzyć, ale na pewno jest w stanie dostarczyć odrobiny rozrywki w jeden z tych leniwych wieczorów.

everything sucks recenzja recenzja filmowa